Temat nie nowy, walkowany niezliczona ilosc razy - tym razem troche z innej perspektywy.
Dotychczas, tam gdzie latalem, bylo tak: przyjezdzalo sie na lotnisko, jesli ktos byl wymienialo sie uprzejmosci, info o kanalach i... No wlasnie i mimo wszystko zadko kiedy ktos wlaczal nadajnik, gdy inny model byl w powietrzu. Nie wazne czy widzielismy sie 1 raz w zyciu czy n-ty - zazwyczaj sprawdzalismy na ziemi czy nasze aparatury sie nie zaklucaja. Nikomu to nie uratowalo zycia ani modelu - przynajmniej do dzis.
Dzis procedura zostala uproszczona to wymiany grzecznosci i info o nr kanalow. Poniewaz mialo byc ok (ja kanal 75, kolega 61) kontynuowalem loty, a nowo przybyly towarzysz poszedl przygotowywac swoj model.
Wlasnie startowalem. Po kilku sekundach lotu stracilem kontrole nad modelem - zacza latac tam gdzie chcial. Skonczylo sie wielkim _bum_ Przeprowadzilismy szereg testow. Oszczedze szczegolow. Po wlaczeniu nadajnika kolegi moj model przestawal zupelnie reagowac. Okazalo sie ze w obudowie kwarcu kolegi (takiej plastikowej uzywanej przez nadajniki HiTeca) opisanej nr 61 kanalu znajdowal sie kwarc kanalu 75 - tego samego kanalu co moj! Podobno taki "zestaw" zostal kupiony w renomowanym sklepie!
Cud ze nikomu sie nic nie stalo. Cud ze ucierpial tylko model.
Pozdrawiam,
Kuba